Osady pod ziemią
- Joanna eS.

- 20 lis
- 8 minut(y) czytania
Dyrektor nie pytał mnie o zdanie. Jego sekretarz przyniósł rozkazy, przerywając mi przy tym przyjemną pracę za biurkiem. Po ostatniej kłótni pół roku temu przełożony unikał kontaktu ze mną. Nie mógł mnie co prawda zwolnić, ale mógł uprzykrzać mi życie na swój sposób. Coraz częściej więc odwiedzałem tereny wydobywcze.
Pokonałem 200 kilometrów, aby zjawić się tam, gdzie ekipa geologów rozłożyła swój sprzęt. Dane historyczne podawały, że w średniowieczu wydobywali tu złoto, ale przerwali z niewyjaśnionych przyczyn. Jan, mój znajomy, uparł się, aby je teraz odnaleźć. Geolodzy patrzyli na niego krzywo, choć nikt nie ośmielił się zwrócić mu uwagi.
Zatrzymałem się przy wielkim zbiorniku i odpaliłem papierosa. Jan wypatrzył mnie z daleka i dołączył do mnie.
- Rysiek wciąż nie przebolał urazy.- stwierdził ze złośliwym uśmiechem. Znał mojego dyrektora i choć z pozoru ich stosunki wydawały się przyjacielskie, obaj ledwo się znosili.
- Cholera z nim.- mruknąłem
- Cieszę się, że wysłali ciebie.- stwierdził poważnie.
- Dlaczego? Zmarnujesz i mój czas?- zadrwiłem, ale ograniczyłem się do uśmiechu pod karcącym spojrzeniem rozmówcy.
- Tam coś jest.
- Jasne. Setki metrów ziemi.- stwierdziłem wsadzając ręce do kieszeni. Marzec nas nie rozpieszczał.- Czego ode mnie chcesz?
- Przyjechałeś dla mojej wygody?- zdziwił się Jan.
- Przyjechałem, bo dyrektor nie lubi słuchać krytyki.- ponownie wzruszyłem ramionami.- Skoro jednak tu jestem...- Nie powiem, ciekawiło mnie, co takiego Jan widział w tych ziemiach. Badania były rokujące, ale niejednoznaczne. Najnowsze sprzęty to znajdują złoża, to je znowu tracą. Mógłbym przysiąc, że się przemieszczają.
Wróciliśmy na teren. Nie dziwiła mnie rozbudowa technologiczna wokół szybów. Po studiach z zachwytem obserwowałem wieżę z metalu i betonu oraz maszyny. Dziś, po wielu latach pracy z nimi, były czymś nudnym.
- Co podają sonary ziemne?- spytałem, wskazując na jedną z maszyn. Mężczyzna w koszuli w kratę podał mi teczkę z raportami i najnowszy wydruk. Porównałem je i w ciszy przez chwilę analizowałem. W końcu uderzyłem palcem w mapę w konkretny punkt.- Tu wprowadźcie igłę do głębokości 800 metrów.- rozkazałem.- Po każdym 100 metrze wysyłajcie sygnał.
- Schodziliśmy tylko na 450.- stwierdził jeden z operatorów.
- A teraz masz zejść na 800.- rozkazałem ponownie. Pracownicy zaskoczeni zerknęli na Jana, a ten potwierdził moje rozkazy skinieniem głowy.
Maszyna ruszyła z głośnym świstem. Gdy dotknęła ziemi, świst zmienił się w huk. Dzięki najnowszym wynalazkom z Azji, mogliśmy sobie pozwolić na lepsze sprawdzanie głębszych warstw bez kopania, choć wyniki obserwacji zdalnej nigdy nie są najlepsze. Sonar ziemny zapewnia wgląd w strukturę gleby poprzez fale dźwiękowe o odpowiedniej częstotliwości. Problem pojawia się, gdy różne formaty lub kruszce mają podobną strukturę, w wyniku czego na ekranie wyglądają tak samo. Należy wtedy kopać.
- Nie duś jej tak!- krzyknąłem, gdy operator sonaru za mocno pruł przez ziemię.- Jeśli wzburzysz warstwę, wyniki sygnału będą zafałszowane!- rzuciłem gniewnie. Mężczyzna zerknął na mnie wzrokiem łączącym przerażenie i irytację, ale wykonał moje polecenie.
- Nie nauczyłeś się jeszcze pracować z innymi.- Jan stwierdził ze śmiechem.
- Nie umie, niech nie dotyka maszyny.- burknąłem w odpowiedzi, nie odrywając wzroku od ekranu. Maszyna wysyłała sygnał główny na komendę operatora, ale pomniejsze rejestratory mogły w czasie wiercenia ukazywać obraz. Widziałem wszystko dokładnie. Obserwowałem, jak olbrzymie wiertło przechodzi przez kolejne poziomy gleby. Odczytywałem ich nawodnienie, strukturę i właściwości z koloru kropek, ich gęstości oraz poruszeniu przy pracy wiertła. Przez jedną sekundę mogłem przysiąść, że kropki układają się w obraz konia.
- Dlaczego 800?- spytał Jan, pozwalając mi zapomnieć o tej bzdurze.
- Ponieważ to maksymalna głębokość twojego wiertła. Są takie na kilometr i więcej, ale takich nie masz.- stwierdziłem oschle. Cisza dobiegająca od Jana ostudziła mój gniew, więc marszcząc lekko brwi kontynuowałem monolog.- Chcę mieć przekrój przez całą dostępną głębokość. Sonary wskazują ciągłe zmiany. Na którymś poziomie są tego powody.
- Stawiasz na coś?
- Na wodę. Pewnie zaburza wyniki.- przewidziałem.
Przerwał mi głuchy huk, kilka krótkich pisków i cisza z akompaniamentem syków. Ten sygnał też znałem, ale sądząc po przerażonych minach zebranych, znałem go tylko ja. Chwyciłem za tablet, zeskoczyłem przez barierkę i dotarłem po nierównej ziemi do wiertła. Blisko samego miejsca odwiertu znajdowało się stanowisko do podłączenia podglądu. Zainstalowałem więc ekran i przy pomocy przycisków dokonywałem ręcznych pomiarów pomniejszymi sygnałami dźwiękowymi. Wiertło drżało, a maszyna wydobywała z siebie stukot chłodzącego się metalu.
- Schodzę!- krzyknąłem. Dotąd na spokojnej, a może nawet rozbawionej, twarzy Jan, teraz wyrysowało się zaskoczenie. Pozwoliłem sobie na podniesienie jednej brwi i krzywy, szyderczy uśmiech. Ubierałem wzmocnioną ochronną kamizelkę.- Chciałeś świeżego oka. Na 600 metrach wiertło napotkało opór, który musi być istotny.- mówiłem, nie przerywając przygotowań. Chwyciłem za gogle wizyjne i udałem się do włazu.
- Czekaj!- Jan się ocknął.- Nie przygotowałeś się.- upierał się.- Wyślę z tobą moich ludzi.
- To oni są nieprzygotowani.- zauważyłem i założyłem gogle. Zieleń szkieł przez chwile utrudniła mi widzenie, ale gdy pojawiły się skany otoczenia, widziałem znacznie lepiej.
Nie czekałem na wsparcie. Przekręciłem pokrętło na goglach, aby dobrać odpowiedni poziom termowizji oraz skanu terenu. Ziemia pod moimi butami chrzęściła. Windą zjechałem sam, nie czekając na innych. Po chwili tego żałowałem, gdy winda zatrzeszczała. Pył i kamienie spadające wszędzie wokół uzmysłowiły mi, że to zawał. Metalowa obudowa wokół mnie wydała głośny zgrzyt, lina puściła i runąłem na sam dół. Dopiero po przebudzeniu zorientowałem się, że to ta właśnie metalowa obudowa mnie ocaliła. Wyczołgałem się ze środka i szukałem wolnej przestrzeni. W ziemi bywały tunele po starym przepływie wody lub w wyniku zmian w ruchach gleby, więc gdy tylko taki dostrzegłem, wpełzłem do niego. Tak, oczywiście, że do niej wlazłem. Dlaczego nie? Czołgałem się w panice szukając ratunku. Ostatkami sił wciągnąłem się i z brakiem gracji wsunąłem na pewniejszy grunt. Byłem w przestrzeni nieodkrytej, jak sądziłem, ale odpowiednio wysokiej. Gogle umożliwiały widzenie w ciemności. Poza zieloną poświatą i danymi wypisanymi na bokach szkieł, zmieniające się wraz z materiałem, na który zwracałem wzrok, widziałem wszystko dokładnie i szczegółowo.
Na drżących jeszcze nogach ruszyłem dalej. Tym razem zainteresował mnie błysk złota, za którym pobiegłem bez namysłu. Nie powinienem. Biegłem jednak – bez rozsądku, ale z pasją. Nie powiem, że jestem dumny z tego, że zachowywałem się, jak szczenię rzucające się na koniki polne na łące. Dorosły mężczyzna, wykształcony, po studiach biega po tunelach za odblaskami. Z tej perspektywy faktycznie nie brzmi to zbyt poważnie.
W efekcie po kolejnej godzinie biegu zgubiłem się i opadłem z sił. Zmęczony, głodny i spragniony z głośnym hukiem usiadłem na ziemi. Analizy z gogli twierdziły wciąż jedno i to samo – formacje skalne i minerały. Nieruchome, czekające od wieków na człowieka martwe obiekty.
Poczułem żal i beznadzieję. Wściekłość na siebie za zgubienie drogi do wyjścia, choć trudno zgubić coś, czego i tak się wcześniej nie miało. Podniosłem się na kolana. Spragniony i zdesperowany przycisnąłem usta do pierwszej mokrej skały, aby zlizać krople. Runąłem na ziemię w tunelu i odetchnąłem głęboko. W końcu opadłem całkowicie z sił, zamknąłem oczy i zasnąłem z wyczerpania.
Po kilku godzinach obudził mnie chrupot. Przerażony rozchyliłem powieki w przekonaniu, że zasypią mnie opadające skały lub runie pode mną ziemia. Zamiast tego dojrzałem poruszający się w ciemności kształt. Skupiłem się na analizie przez moje gogle, ale uparcie twierdziły, że otaczają mnie skały i, co ciekawe, złoto. Powolnym ruchem, aby nie odstraszyć lub też rozgniewać ruchomego obiektu, stuknąłem w gogle w nadziei, że się naprawią. Zupełnie przypadkiem natrafiłem na guzik zmieniający obraz, dzięki czemu widziałem wnętrze jaskini tak dokładnie, jakby świeciło tu słońce.
Trudno opisać mi, co dokładnie ruszało się. Nie z uwagi, że istotę tę trudno opisać, ale wiem, że trudno w to uwierzyć. Czasami z uwagi na arogancję i pewność siebie brali mnie za gbura, jednak nigdy za szaleńca. To wyglądało jak koń. Nie mówię, że to był koń. Bardzo go przypominało. Przez tunel zmierzał w moją stronę. Stworzony ze złota. Podszedł i obwąchał mnie, rozdymając chrapy. Każdy jego krok oprószał ściany złotym pyłem. Trochę pyłu osiadło na mnie i moim ubraniu. Pozostał tam, jakby ktoś obsypał mnie proszkiem. Gdy wyciągnąłem rękę, podrzucił głową i wydał z gardła charkot.
Wierzchowiec ruszył przed siebie tunelami. Z początku nie wiedziałem, czy iść za nim. Koło moich stóp przemknęło kilka szczurów z kamienia. Truchtały na małych łapkach po podłodze, ścianie i suficie zakrywając wszystko skałami. Kilka sztuk zmieniło się w całą falę. Chrobot sprawił, że odwróciłem się i dojrzałem ich setki tysięcy. Niektóre biegły dalej w ślad za nami a inne kładły się, zalegając w miejscu i tam pozostawały. Tworzyły nowe ściany i zaklejały powstałe już wcześniej tunele. Gdy spojrzałem na nie teraz, nie było po nich śladu. Stały się częścią ziemi, którą rozkopujemy. Zrozumiałem, że gdy zostanę, pochowają i mnie, więc ruszyłem biegiem za wierzchowcem.

Koń z gracją przechadzał się po korytarzach i, obcierając się bokami o ściany, pozostawiał po sobie ślady. Uspokajałem się, że może w ten sposób odnajdę wyjście poprzez magicznie znikające tunele. Ściana, na której wcześniej położyłem dłoń, zaczęła pulsować i drżeć. Po chwili, ku mojemu przerażeniu, rozsypała się na tysiące szczurów z kamienia i różnorakiej ziemi. Chodziły po mnie bezceremonialnie, przepychały się i specjalnymi, niewielkimi otworami schodziły z drogi. Niektóre jednak wskakiwały na ścianę i z cichym sykiem reagowały irytacją na moją osobę. Niczym żyjący organizm ta ziemia przekształcała się, ruszała i modyfikowała. Tworzyła niezwykłą harmonię. Ożywała, aby opaść i zbudować coś na nowo.
Zaintrygowany zbadałem stworzenia za pomocą czujników i pomiarów. Przedstawiały najczystszy surowiec. Koń był chodzącym złotem o elastycznych tkankach, choć zbudowanym ze skały osadowej. Podrzucał złotą grzywą i uderzał złotym ogonem. Żywe, elastyczne i delikatne w dotyku, choć zbudowane ze struktur twardych i sztywnych.
Podążając w ślad za nim czułem się, jak młoda bohaterka baśni, księżniczka, która została zesłana do labiryntu przez złą macochę. Nie przeszkadzała mi ta myśl. Mogłem być młodą księżniczką, jeśli przez chwilę będzie mi dane obcować z tym cudownym, ukrytym światem pełnym niezrozumiałej dla mnie magii i jeśli wyjdę z tego cało.
Wędrówka trwała jeszcze wiele godzin, choć nie wiem ile. Koń, choć zgrabny i przechadzający się z gracją, ledwo mieścił się w tunelach i pozostawiał po sobie ślady złota. Osadem byłem też cały pokryty i opadał ze mnie, niczym drobniutki, złotawy śnieg, za każdym razem, gdy przeczesałem włosy lub przetarłem twarz.
Trzymałem się blisko konia, który akceptował moją obecność, choć z początku nie wykazywał specjalnej sympatii. Ignorował mnie. Później ta zimna oschłość zmieniła się dopiero w ciepłą akceptację. Czasami dotknął bokiem o mojego ramienia lub uderzył ogonem o moje plecy. Wkrótce zrozumiałem, że to niewinne próby zaczepienia mnie, na które wtedy reagowałem rzucaniem w jego stronę mniej lub bardziej zabawnych uwag. Nikt nie powiedział, że geolog musi być dowcipny. Uznałem jednak, że koń i tak nie będzie mnie oceniał. Wkrótce stał się coraz odważniejszy. Szturchał mnie ogromnym pyskiem, pozwalał się drapać lub, co ucieszyło mnie najbardziej, przytulał całą głowę, kładąc na moje ramię. Przesuwałem wtedy dłonie po jego szyi i zaplatałem palce w miękką, złotawą grzywę.
Powietrze rozdarł huk, a ziemia wokół nas zadrżała. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to dźwięk wiertła sondy ziemnej i że brzmi ono z wnętrza ziemi zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Koń spłoszył się i młócił kopytami, mało nie uderzając mnie w głowę. Schyliłem się i pozwoliłem, aby wierzchowiec się wyszalał. Rozdartymi chrapami łowił powietrze, a duże, złote oczy obserwowały mnie, kucającego przy jego boku.
Wiertło runęło na nas niczym grom, mało nie raniąc boku wierzchowca. Wtedy koń kolejny raz zarżał głośno i tylnymi kopytami kopnął w urządzenie. Posypał się osad ze złota, który osiadł na metalu sondy. Wiertło świsnęło, zagrzmiało po raz kolejny i zaprzestało pracy. Z krzywym uśmiechem wspomniałem poprzedni raz, gdy to ja zleciłem badanie głębinowe tym właśnie sprzętem.
Koń jeszcze przez chwile się uspokajał. Ciężko oddychał i rzucał gniewnie głową. Stąpał w miejscu i uderzał w nerwowy sposób ogonem. Pozwoliłem mu na to. To jego teren został naruszony. Miał prawo do gniewu. Gdy uspokoił się na tyle, aby ruszyć dalej, niemal galopował. Ledwo udało mi się go dogonić, a stało się to tylko dlatego, że w tak ciasnej przestrzeni nie rozwijał pełnych prędkości..
Wierzchowiec z prychnięciem wyskoczył na wolną przestrzeń, którą dopiero po dłuższej chwili rozpoznałem jako powierzchnię. Widziałem wodę i odbijający się od niej blask księżyca. Rumak musiał ostatecznie stwierdzić, że zakończyło się jego panowanie na tym terenie i tym samym je opuścił. Gdy tak stał i głęboko oddychał po biegu, złoto sypało się z niego i pozostawiało na trawie przepiękne iskry. Podeszliśmy do brzegu akwenu. Koń spojrzał na mnie i zdawał się żegnać. Jego duże, złote oczy wpatrywały się we mnie z sympatią. Poklepałem go po szyi i złożyłem dłoń na jego policzku. Delikatnie podrzucił głową i musnął mnie grzywą. Uśmiechnąłem się i cofnąłem o krok, gdy stanął dęba i skoczył w wodę. Zakrywała mu nie tylko kopyta, a on biegł, rozrzucając wokół siebie krople, które w świetle srebrzystego księżyca i złotej skóry wierzchowca, przypominały najcichsze i najpiękniejsze fajerwerki.
Koń biegł przed siebie przez zbiornik i przedostał się na następny brzeg, aby ruszyć ulicami miasta. Budynki i brukowane alejki pokrył osadem ze złota, a miejsca te stały się niczym świąteczne bombki. Im więcej tracił osadu, tym mniejszy się przy tym stawał. Zrozumiałem, że w końcu stanie się tak mały, że znajdzie drogę do podziemi, do swojego nowego królestwa.
Schowałem ręce do kieszeni. Miasto było piękne. Niczym posypane śniegiem z blasku. Szedłem powoli nie zastanawiając się, co powie jutro Jan i jak się wytłumaczę. Podziwiałem miasto pokryte lśniącym złotem, który wiatr zwieje i zniknie do rana.






Komentarze