top of page

Zmiany na święta

Pies był brązowy z białymi łatkami. Nie był rasowy ani nie szczególny, ale był kochany i zasługujący na bycie kochanym. Znalazł się w lesie nagle. Otaczał go gęsty śnieg i mrok. W niewyjaśniony, zbyt nagły sposób zniknęło ciepło psiej mamy, jej delikatny język i smak mleka, który dotąd wypełniał jego brzuszek. Nie rozumiał, co się stało. W jednej chwili leżał bezpiecznie przy niej. W kolejnej został wrzucony do worka, a później, po hałasach, piskach i uderzeniach, runął na zmarzniętą ziemię lasu.

Wirujące płatki śniegu opadały na jego zmarznięty nos i uszka. Kiedyś, przy mamie, to śnieżne zamieszanie budziło jego zachwyt i kusiło do zabawy. Dzisiaj przerażał zimnem. Przerażały równiez odgłosy lasu, każdy szum, każdy szelest dobiegający z ciemności. Pierwszy raz w swoim krótkim życiu był sam.

Przeraził go również huk, który był dla niego niczym sygnał, że niebo spada mu na głowę. W pierwszej chwili skrył się przy wysokim drzewie, pragnąc wcisnąć się pod wystający korzeń. Drżał na całym ciele jeszcze nie z zimna, ale z przerażenia. Ciche piski wyrwały się z jego pyszczka. Zwykle na ten sygnał odpowiadała jego mama. Teraz nigdzie już jej nie było.

Zapach słodyczy dotarł do niego pierwszy. Kuszące światło z oddali i wizja ciepła przywabi go bliżej, coraz bliżej źródła huku. Sam głośny huk ustał niemal od razu. Zapanowała cisza, a gdy zbliżył się, doszły do niego głosy. Ludzie. Tak uznał i, choć nie wspominał ich zbyt dobrze, dawali szansę na odnalezienie drogi do domu. Wyłonił się niespiesznie i ostrożnie zza drzew i przyglądał się temu, co tak nagle zagościło w lesie.

Widział drewniane sanie pomalowane w różnorodne, białe wzory. Wbite w śnieg i lekko przekrzywione sugerowały wypadek, ale żadnemu z rogatych, wielkich stworzeń na przedzie nic się nie stało. Prychały z niecierpliwości i uderzały kopytami o zmarznięty grunt. Każde pociągnięcie za skórzane pasy, którymi były przywiązane do sań, powodowało ich drganie. Roztańczone sopelki ze szkła, dekorujące pojazd, tańczyły z każdym takim drgnięciem.


Schował się, gdy jedno ze stworzeń zarzuciło łbem. Pisnął mimowolnie, choć bał się, że zostanie odkryty. Wielkie bestie z porożem mogłyby bez problemu zmiażdrzyć go i zdeptać. Wtulił się w puch śniegu i przez chwilę obserwował je, pozostając nieruchomym.

Nie znał się na ludziach, ale ci, którzy chodzili wokół sań, nie przypominali zwykłych, typowych, których zdążył już poznać w krótkim życiu. Było ich trzech. Jeden wysoki z lekkim brzuszkiem i gęstą białą brodą oraz dwaj o połowe od niego niżsi w grubych kurtkach z futrem. Wkrótce zza sań wyłoniła się kobieta, niemłoda, ale z przyjemną twarzą, która wywołała uśmiech na twarzach zebranych. Wysoki mężczyzna zażartował nawet, że wożąc Panią Mikołajową, zawsze trzeba liczyć się z przygodami. Natychmiast potem przygarnął do siebie kobietę i ucałował ja.

Szczenię skorzystało z ich nieuwagi i ostrożnie wyszło z ukrycia. Skradał się, aby pozostać niezauważonym. Było to trudne w grubym dywanie ze śniegu, przez który z trudnością się przedzierał. Wpadał głębiej lub potykał się i zanurzał pysk w zimnym puchu.

Raz cicho pisnął i zastygł natychmiast potem w przerażeniu, że zostanie odkryty. Zimno kłujące go w łapki zmusiło go do dalszej wędrówki. Dostał się do sań, a że nie należał do psów dużych, z wielkim trudem wdrapał się po drewnianych elementach i dostał się do środka sań. Drżąc cały skrył się pod ławeczką i skulił, pragnąc uciec od kłującego wiatru smagającego go po nosku i uszkach. Niewielki mężczyzna, o połowe mniejszy od tego z gęstą brodą, wskoczył do sań. Przerzucało rzeczy, szukając czegoś intensywnie. Szczenię zadrżało ze strachu, ale nie zapiszczało, aby nie zostać odkrytym. Zamierzał walczyć. Planował gryźć w palec, dłoń, zmarzniętą łydkę, gdy będzie do tego zmuszony. Nie musiał jednak.

Sanie zadrżały ponownie, rogacze znowu uderzyły kopytami w twardy grunt i z wielkim trudem ruszyły. Z początku wolno i z oporem, to w przód, to w tył, ale wkrótce poszło im swobodniej. Pozostali wsiedli, zajęli miejsce na ławie, pod którą szczenie się skrywało, i uderzyli lejcami, aby rozpocząć podróż. Gdy sanie odrywały się od ziemi, szczenie czuło lekkość własnego ciała. Czerpało z tego z zadziwiającym zadowoleniem, tak dużym, że na moment zapomniało o strachu, od którego od kilku godzin nieustannie drżało jego całe ciałko.

Sanie wylądowały zadziwiająco lekko na jednym z dachów i na każdym kolejnym. Ta przyjemna monotonnia, delikatność ruchów oraz ciepło bijące od ludzi ukołysała szczenię do krótkiego snu. Śnił o cudownych krainach, o swojej kochającej matce i o ludziach, którzy go nie porzucą. We śnie bawił się patykami, darł materiał, a jeden niegrzeczny piernik, który naśmiewał się z jego jednego oklapniętego uszka, uciekał przed nim do kredensu z maką. Szczenie obudziło się z krótkiego snu z poczuciem radości i spokoju.

Sanie należało jednak w końcu opuścić. Skorzystał z krótkiego zamieszania, wyskoczył z pojazdu i ukrył się. Przeczekał chwilę i gdy pozostał na dachu sam, ruszył w poszukiwaniu wyjścia. Zanim je jednak odnalazł, drogę zastąpił mu rosły kot o pomarańczowych oczach i frędzlach na końcach szpiczastych uszu. Szczenię skuliło się i obnażyło drobne zęby. Kot jednak bez strachu podszedł, łapką klepnął go po głowie, a potem otarł się całym ciałem o jego, wydając z siebie donośne mruczenie. Szczenie zamerdało ogonem tak energicznie, że jego pupa poruszała się to w jedną, to w drugą stronę. Kot polizał psiaka po nosie i zaprowadził go do niewielkiego okna na dachu. Szczenię bez trudu przecisnęło się przez lufcik, ale z trudem przeskakiwało po kartonach w środku pomieszczenia. Ostatecznie wpadł do jednego, ale że znajdowały się tam swetry, nie odniósł żadnych obrażeń.



Kot czekał na niego cierpliwie, choć wykonywał zamaszyste ruchy ogonem. Gdy szczenię oswobodziło się z miękkiego materiału, pobiegło do kota i ufnie podążało za nim przez korytarz, schody i przez rozległy dywan na środku pokoju. Kocur miauknięciem pospieszył go i zanurzył język w misce z białą, słodko pachnącą cieczą. Zachęcił szczeniaka do skosztowania. Ciepło mleka sprawiło szczeniakowi taką przyjemność, że aż zapiszczał mimowolnie. Rozgrzewający napój wypełnił jego żołądek, gdy ten łapczywie chłeptał. Nie przestał, dopóki nie opróżnił całej miski. Wtedy kot miauknął ponownie i wskoczył na kanapę. Szczenie ponownie miało problem, aby wdrapać się na wysoką przeszkodę. W końcu jednak tylnymi łapami szukając podparcia wdrapał się i dołączył do kota. Wtulił się w jego gęste, długie włosie o kolorze czerni i rdzy, i zamykając oczy polizał swojego nowego towarzysza po łapie. Zapadł w sen szybko. Słyszał kroki, rozmowę, a później zapadła cisza, która powinna go zmartwić. Gdy dotarło do niego jeszcze kilka słów, rozchylił zaspane powieki i widział, jak kobieta wykonuje do mężczyzny wymowny gest, nakazujący mu milczenie. Nie był jednak w stanie walczyć dalej ze snem. Miał pełen brzuszek, przyjaciela obok siebie, miękkość kanapy pod sobą i ciepło wokół. Opadając w kolejny sen, nie walczył z nim. Zanim jednak zasnął, poczuł nieznany mu, ale niezwykle przyjemny, delikatny dotyk ludzkiej ręki na swojej głowie i grzbiecie. Tylko o tym mógłby marzyć pies.

Komentarze


Desert in Dark

Website

Email 

Follow

  • Behance
  • Facebook
  • Instagram
bottom of page