5 etapów
- Joanna eS.

- 3 godziny temu
- 12 minut(y) czytania
Wstęp
Bezmyślnie zakładamy, że jesteśmy nieśmiertelni, niemal wieczni. Śmierć kogoś innego nas boli, ale nie zaskakuje. Zdumiewa nas dopiero informacja o własnej – o jej realnej możliwości, bliskości lub o tym, co nastąpi po niej. Starość nas ostrzega, dlatego tak trudno nam ją zaakceptować. Wzbraniamy się przed nią, bo stanowi dowód na to, że kiedyś nadejdzie koniec, w którego istnienie po prostu nie chcemy wierzyć.
Nie dopuszczam do siebie myśli o końcu nagły,, niespodziewanym i gwałtownym. Wychodzimy z założenia, że to nas nie dotyczy. Świat jest niebezpieczny, owszem, ale dopiero ten za solidną ścianą, oddzielony od nas grubym szkłem naszej ignorancji.
Ja też taka byłam. Jeszcze godzinę temu. Może dwie - trudno orzec. Cóż. Teraz już tak nie myślę; w mojej sytuacji perspektywa drastycznie się zmienia. Moje ciało spoczywa uwięzione pod splotami szyn, powyginanymi stopami metali i stertą rozsypanego szkła. To wciąż ja, nie tylko bezwładne ciało. Jeden z elementów maszynerii, który przebił moją nogę, skutecznie mnie unieruchamia. Inny fragment pociągu przygniata do ziemi.
Powinnam była do niego nie wsiadać.

Zaprzeczanie
Nie umiem wyjaśnić, jak do tego doszło. Zazwyczaj martwimy się katastrofą samolotu, choć te zdarzają się niezwykle rzadko. Znacznie częstsze są wypadki samochodowe, ale chyba auta stały się zbyt pospolite, aby drżeć przed każdą przejażdżką. Pociąg natomiast wydaje się środkiem transportu wręcz statycznym. Bywa, że dojeżdża opóźniony, ale zawsze dociera do celu. Czasem stoi dwie godziny w polu, lecz nikt z tego powodu nie umiera. Pociąg był bezpieczny. Dotąd był i dla mnie...
Nie wiem, co się stało. W jednej chwili wszystko zawirowało. Niewyobrażalny huk ogłuszył mnie na kilka minut. Kilka uderzeń odebrało mi przytomność i z brutalną siłą wrzuciło w czarną otchłań. Obudził mnie dopiero ogromny ból - nie wiem, po jakim czasie. Gdy otworzyłam oczy, sądziłam, że oślepłam. Czerń nie znikła; była po prostu inna niż ta pod powiekami. Kiedy pierwsza fala paniki opadła, okazało się, że pod metrami metalu i splątanej stali panuje zwyczajna ciemność. Dojrzałam słupy światła, ledwie przebijające się w moją stronę. Widzę. Odgłos własnego, urywanego oddechu świadczył, że wciąż słyszę. Nie było się jednak z czego cieszyć.
Leżę w cieczy. Staram się nie myśleć, że to prawdopodobnie moja własna krew. Odpycham te myśli - większa panika nie jest mi teraz potrzebna. A jednak wizja brunatnej, bordowej krwi nieustannie przewija się w mojej głowie. Nie potrafię całkowicie odizolować tych obrazów.
Nie mogę się ruszać. Oddycham z trudem.
***
"To nie możliwe. To się nie dzieje naprawdę." - powtarzam w myślach. Łzy zalały mi policzki. Co chwile zamykam oczy i odliczam do dziesięciu. Mam nadzieje, że kiedy rozchylę powieki, wszystko to zniknie, a ja będę bezpieczna w jakimś miłym miejscu. Wszystko jedno jakim...
... 8 ... 9 ... 10 ...
Otwieram oczy. Zrozpaczona widzę jedynie pręty, blachy i inne powyginane żelastwo, majaczące za mgłą ciemności. Widzę z trudem. Głowa pulsuje bólem. Panika znów dociera do mojego mózgu panika i krzyczę. Po prostu krzyczę.
Najpierw próbuję wydobyć z siebie jakieś konkretne słowa – "pomocy", "jestem tutaj". Tak zawsze wołają w kiepskich, amerykańskich filmach, a potem ktoś ich odnajduje. Po chwili jednak rezygnuje ze słów i krzyczę bezwładnie. Nie wiem, czy z bólu, który wciąż mnie nie opuszcza, czy ze strachu, który stał się najwierniejszym z towarzyszem, ale krzyczę. Gardło chrypnie, aż w końcu nie potrafię wydobyć z siebie nic poza szeptem.
To niemożliwe. To nie może być prawda. Nie mogę tak po prostu leżeć we własnej krwi, z przebitą nogą. To niemożliwe. To nie dzieje się naprawdę. Nie potrafię zapanować nad gonitwą myśli – są nieskładne, nielogiczne, wręcz galopujące mi przez głowę.
Nagle słyszę śmiech. Cichy. Nie mam pewności, czy jest realny.
- Zawsze byłaś uparta.
Ten głos... Rozbrzmiał naprawdę czy w mojej głowie? Wbrew logice zamieram i milknę. Powinnam krzyczeć, wołać o pomoc, ale zamiast tego desperacko szukam wzrokiem postaci pośród szaro-czarnego krajobrazu.
Cichy śmiech powtarza się. Coś łaskocze mnie w kącikach oczu. To łzy, a nie dźwięk.
- Jest tu kto?- pytam cicho, niemal szeptem. Własny głos mnie przeraża. Ten obcy brzmi dziwnie znajomy. Znów ten chichot, ten śmiech. To nie powinno nikogo bawić. Nikogo normalnego.
Nagle wszystko dookoła zamiera. Chichoty cichną. Głos milknie. Tylko moje serce dudni pod żebrami niczym uwięziony ptak.
Gniew
Czas stracił znaczenie; nie wiem, jak długo tu trwam. Przez ciszę przebija się szmer, który po chwili zamiera, zostawiając po sobie jedynie nikłe echo. Nie wiem, czy to ktoś inny próbuje się uwolnić, czy to tylko złudzenie. Krzyczę, ale odpowiada mi głucha cisza. W obawie przed powrotem tamtego śmiechu, gwałtownie milknę. Przestaję nawoływać, a dźwięki ustają. Być może to tylko grawitacja przesunęła jakiś odłam tej chaotycznej konstrukcji.
Staram się sprawdzić czas, lecz zegarek rozbił się w trakcie upadku. Próba odgadnięcia godziny po słupach światła to pewnie jakiś żart. Zresztą, co mi za różnica? Czy to, która jest godzina, ma jakikolwiek wpływ na moje ocalenie?
Gniew dudni w moich żyłach. Rośnie, parzy płomieniami i wyciska nowe łzy – tym razem jednak nie z rozpaczy. „Dlaczego ja?!” – krzyczę w myślach. Czuję, jak burzy się we mnie krew. W sercu wezbrał sztorm, który zmusił płuca do nierównej, rwanej pracy. Znam tyle osób, które znacznie bardziej zasługują na taki los. To oni powinni zakosztować przekleństw życia, a nie tylko jego uroków. Przecież nie jestem złym człowiekiem, dlaczego więc mam cierpieć bardziej niż inni?
— Będziesz szafować cudzym życiem? — usłyszałam.
Przerażenie mrozi mi krew, zmieniając mnie w żywy posąg. Już nie tylko go słyszę. Teraz go widzę. Siedzi nieopodal – czysty, schludny, zupełnie jakby nie przeżył żadnej katastrofy. Zrozumiałam, że nie był pasażerem pociągu. Nie wiem, jak się tu dostał ani po co. Nie wiem, co on tu w ogóle robi.
Przez chwilę walczę z mgłą przesłaniającą mi wzrok, desperacko próbując dostrzec jego twarz. Gdy mi się to udaje, na moich ustach błąka się uśmiech, który jednak szybko zamarza. Znam go. To Damian, mój starszy brat. Ma na sobie ulubioną koszulę – czarną w ledwo widoczne, białe paski. Materiał dżinsów marszczy się, gdy chłopak siedzi na wyrwanych siedzeniach wagonu. Poznaję je, dostał je od matki po jej powrocie z delegacji.
Uśmiecha się do mnie. To ten jego charakterystyczny grymas: lekki, a jednocześnie arogancki, kpiący i na swój sposób ujmujący. Wszystkie kobiety, które znałam, kochały ten uśmiech. Robiły wszystko, by skierował go właśnie w ich stronę.
– Co ty tu robisz? – pytam cicho, choć łzy dławią mój głos.
– Łatwo przychodzi ci rozliczanie cudzego życia. Szkoda, że nie zostałaś sędzią, zrobiłabyś furorę. – rzuca, zakładając ręce za głowę. Przeciąga się, jakby chciał wygrzewać się na słońcu, choć tutaj, w tym mroku, nie ma na to szans. Śmieje się. Chichocze pod nosem, a ja nie potrafię oderwać od niego wzroku. Był dla mnie wszystkim, choć jako siostra nigdy bym mu tego nie przyznała.
Nagle szmer się powtarza, tym razem głośniejszy. Moje serce zamiera. Na moment zapominam o bracie i nerwowo rozglądam się dookoła. Szukam źródła dźwięku, lecz widzę jedynie cienie, metal i wszechobecną szarość. Jedynym wyraźnym elementem w tym martwym krajobrazie jest mój brat – wciąż wygodnie rozparty na zniszczonych siedzeniach.
– Dlaczego tu przyszedłeś? – pytam, czując, jak narasta we mnie gniew.
On znów się uśmiecha. Wygląda dokładnie tak, jak w te dni spędzone nad jeziorem, kiedy byliśmy jeszcze mali. Bawiliśmy się wtedy w pełnym słońcu, a świat wydawał się nieskazitelnie piękny.
– Skąd wiesz, że inni zasłużyli na śmierć? – zapytał, ignorując moje poprzednie pytanie. Robił tak często, gdy byliśmy dziećmi; irytowało mnie to wtedy niemiłosiernie.
– Ja na nią nie zasłużyłam – wykrztusiłam, z trudem przełykając ślinę. W ustach miałam suchość, która paliła gardło. Nie piłam od tak dawna, że teraz oddałabym wszystko za jedną szklankę wody.– Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na taki los – dodałam, podczas gdy on przewiercał mnie wzrokiem na wylot.
– A czym zasłużyli sobie oni? – drążył, wciąż nie odpuszczając.
– Nie denerwuj mnie! – wybuchnęłam. – Dobrze wiesz, że zawsze staram się być uczciwa.
– Naprawdę uważasz, że zawsze zachowywałaś się tak, jak należy? – drążył, nie dając za wygraną.
– Uważam, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Nie mam sobie nic do zarzucenia! – podniosłam głos, czując, że kłótnia jest nieunikniona. To był fatalny moment na zwady, ale z drugiej strony... czy miałam teraz coś lepszego do roboty?
– Pytałaś Gosię? – odparł spokojnie.
Gosia, Małgosia. Nasza młodsza siostra. Ile to już lat? Przynajmniej dziesięć... nie, więcej. Dwanaście lat temu umarła mama, a ja zrobiłam wszystko, by nie spotkać siostry nawet na pogrzebie.
– Zrobiłam to, co musiałam – warknęłam, czując, jak ogarnia mnie coraz większa wściekłość.
Brat powoli przytaknął. Nie wiedziałam, czy to gest politowania, czy aprobaty. Znając go – raczej to pierwsze; nigdy się ze mną nie zgadzał. Nagle dostrzegłam za nim jakiś cień o obłych kształtach. Wyglądało to tak, jakby coś przywarło do jego pleców, ale panująca ciemność uniemożliwiała dostrzeżenie szczegółów.
Wtem coś nade mną poruszyło się gwałtownie. Usłyszałam znajomy szelest i natychmiast znieruchomiałam. Tajemniczy kształt zsunął się i zawisł na belkach tuż nad moją głową. Nie dotykał mnie, ale drżał niebezpiecznie blisko mojej twarzy. W pierwszej chwili nie rozumiałam, co to jest, lecz gdy rozpoznałam bezwładną ludzką rękę, krew zastygła mi w żyłach. Zaczęłam wrzeszczeć, a łzy same napłynęły mi do oczu. Przerażenie w jednej sekundzie zdławiło mój niedawny gniew.
Damian wciąż tylko stał i mi się przyglądał.
Targowanie się
Zapadła noc. Tego jednego mogę być pewna, bo słupy światła wreszcie zniknęły. Nastała cisza i ślepota. Jestem sama. Całkiem sama.
Nie to jednak budzi mój lęk. Gdzieś pośród złomu i powyginanych szczątków pociągu coś wciąż się przemieszcza. Odłamki metalu uderzają o ziemię, przesuwają się, ciągnąc za sobą inne, które zgrzytają po omacku. Oczami wyobraźni widzę jednak ludzkie szczątki: dłonie, nogi, głowy i bezwładne korpusy. W moich myślach turlają się w ciemności, znacząc drogę lepkimi śladami. Mocno zaciskam powieki, ale te obrazy nie chcą mnie opuścić.
Gorsze jest jednak to, że moja samotność jest złudna. On wciąż tam siedzi. Zmienił pozycję – założył nogę na nogę, opierając kostkę o kolano. Wygląda w tej pozie niemal nonszalancko. Zupełnie tu nie pasuje, co jest swoistą ironią losu, bo zazwyczaj pasował wszędzie. Zdawało mi się, że bije od niego delikatny blask, jakby otaczała go powidokowa poświata. Może to tylko kwestia światła? Mogłabym przysiąc, że gdy się odwraca, na jego plecach majaczy dziwne wybrzuszenie, jaśniejsze niż materiał ciemnej koszuli.
Bałam się zasnąć, choć i tak nie czułam zmęczenia. Przez wiele godzin przyglądałam się tylko jemu: temu lekkiemu uśmiechowi i jasnym oczom. Pewnie dziwi się, jak bardzo się zmieniłam. Mam już trzydzieści siedem lat. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, miałam dziewiętnaście. Zmieniło się niemal wszystko; to dziwne, że w ogóle mnie poznał.
– Nie odpowiedziałeś na żadne z moich pytań – rzuciłam z wyrzutem, choć gniew dawno mnie już opuścił.
– Znasz wszystkie odpowiedzi – wzruszył ramionami. Przytaknęłam powoli. To wielce prawdopodobne. Skoro tylko ja go widzę, to najwyraźniej rozmawiam sama ze sobą.
Doskonale pamiętam chwilę, w której dowiedziałam się o jego śmierci. Wracał z uczelni samochodem pożyczonym od ojca. Wystarczyła sekunda: nieuważny kierowca, nadmierna prędkość i ten tragiczny brak szczęścia. Leżał na oddziale intensywnej terapii przez kilka dni, zanim jego serce ostatecznie się poddało. Po prostu stanęło, a wraz z nim zatrzymał się mój świat. Od tamtego dnia nic już nie było takie samo.
Przełknęłam łzy, tym razem niewywołane moim obecnym położeniem. Przykuta do ziemi, nie mogłam go nawet przytulić. Obserwowałam tylko jego szczupłą sylwetkę, ledwo widoczne w ciemności rysy twarzy i jaśniejące oczy – tak inne od tych, które pamiętałam; niby znajome, a jednak przepełnione niezwykłą, niemal nierealną energią. Na widok brata gwałtownie zatęskniłam też za siostrą.
Niedługo po śmierci Damiana nasza rodzina całkowicie się rozpadła. Ojciec odszedł do kochanki, a matka nigdy się z tym nie pogodziła. Zmarła kilka lat później, choć to ja zadałam jej ostateczny cios, odchodząc zaledwie parę miesięcy przed jej śmiercią. Jeśli się stąd wydostanę, muszę pójść na jej grób i pożegnać się tak, jak na to zasługiwała. Podczas pogrzebu potrafiłam jedynie skrywać się przed siostrą między drzewami.
Musi być jakieś wyjście z tej sytuacji. Po prostu musi. Muszę ją jeszcze zobaczyć. Zmienię się, naprawię każdy wyrządzony jej błąd. Wrócę i stanę się oparciem, którego zawsze we mnie potrzebowała. Ona cierpiała, podczas gdy ja, pogrążona w egoizmie, myślałam wyłącznie o sobie. Pod powiekami widzę twarz ojca. Kiedy tylko stąd wyjdę, odbiorę te wszystkie telefony, które urywały się od lat. Wybaczę mu, że zniknął, i dam mu szansę, której tak uparcie mu odmawiałam.
Zrobię to wszystko. Spotkam się z nimi. Znowu będziemy razem.
- Skąd wiesz, że oni właśnie tego chcą? - usłyszałam pytanie brata. Znowu świdrował mnie wzrokiem.
- Proszę - jęknęłam. - Obiecuję. Przysięgam, że to zrobię, tylko mnie uratuj! Nie pozwól mi tu zginąć! Nie w tej ciemności, w przerażeniu, w kałuży własnej krwi i... moczu. Nie pozwól mi w ten sposób dokonać żywota! Błagam cię!
Zalewa mnie fala przerażenia, której nie potrafię powstrzymać. Błagam, proszę i obiecuję wszystko, co tylko przychodzi mi do głowy, z głęboką intencją dotrzymania każdego słowa. Dbanie o rodzinę, pomaganie ludziom, wspieranie chorych i potrzebujących - zgodzę się na wszystko, bylebyś tylko mnie stąd uwolnił.
- Niespecjalnie dałbym radę — odparł, wciąż rozparty na siedzeniu. - Po śmierci trochę trudniej o ingerencję - dodał z krzywym uśmiechem.
Odwrócił wzrok, a ja przyglądałam się jego twarzy. Wciąż młodej. Wciąż pięknej. W czasie wypadku rozciął sobie policzek i teraz też widziałam na nim szeroką bliznę.
Czy on naprawdę tu był?
Depresja
Słońce wstaje powoli. Skąd to wiem? Nieprzenikniona czerń powoli ustępuje szarości, w której udaje mi się dostrzec kontury przedmiotów, choć szczegóły wciąż nikną w mroku. Przyzwyczajam się do bezwładnej ręki, która kołysze się przy mojej twarzy. Już mnie to nie obchodzi. Zaczynam obojętnieć na smród zgniłego mięsa, moczu i spalenizny.
Brat wciąż tam jest. Nie odzywa się, a ja bez końca zastanawiam się, czy jego obecność to cud, czy tylko efekt uderzenia w głowę.
- Jak to jest? - spytałam, a on zerknął na mnie zaciekawiony. - Jak to jest po śmierci?
Uśmiechnął się w odpowiedzi i krótko parsknął.
- Pytasz, czy siedzę na chmurce i cały czas was obserwuję? - zadrwił ze śmiechem.
- Pytam, czy istniejesz.
- Teraz czy w ogóle? - odbił piłeczkę.
- Jaka to różnica? - odparłam zmęczona. Znowu się uśmiechnął, a na jego policzku pojawiły się dołeczki. Blizna lekko się wykrzywiła.
- Jest dobrze. Ciepło - rzucił od niechcenia. - Jest inaczej.
- Przyszedłeś teraz po mnie? — spytałam, a łzy wypełniły moje oczy. Taką mnie właśnie pozostawili. Opuszczoną, skazaną na spotkanie ze śmiercią sam na sam.
Damian zrzucił nogi z podłokietnika, pochylił się i oparł łokcie na kolanach. Ruch ten wzbił tuman kurzu i strząsnął kilka kropel brudnej wody. Nie wiem skąd, ale z fotela sfrunęły dwa całkiem spore, białe pióra. Możliwe, że w wypadku ucierpiały również jakieś ptaki. Całkiem duże, biorąc pod uwagę wielkość piór.
- Nie zabieram nikogo. Nigdy tego nie robiłem - odparł spokojnie.
- Jesteś tu w ogóle? - załkałam.
- Przyszedłem dla ciebie - odparł enigmatycznie.
Ogarnia mnie rozpacz. Czarna. Nieprzenikniona. Miesza się z bólem i zmęczeniem, a ja szybko tracę przytomność po dwudziestu czterech godzinach czuwania w cierpieniu i strachu.
Akceptacja
- Damian, jak to było... umierać? - rzuciłam cicho, gdy tylko odzyskałam przytomność.
Zapadła noc. Kolejna, choć przestałam już liczyć która. Wraz z mrokiem przyszło ukojenie, a moje serce stało się dziwnie lekkie. Wszystkie negatywne emocje znikały, jedna po drugiej, rozpływając się w ciemności.
- Mało przyjemne. Niewygodne.- odparł. Wstał, zostawiając bluzę na siedzeniu, i przeszedł kilka kroków po chwiejnym złomowisku, które kiedyś było pociągiem. Na jego plecach dostrzegłam coś wielkiego; poruszało się, choć nikło w mroku. Zgrabnie przeskoczył bliżej mnie.- Mało komfortowe.- dodał z błyskiem w oku.- Ale potem czujesz ciepło. I to jest już cudowne.
- Odchodzisz wtedy gdzieś dalej?
- Nie, zostaję tutaj.- odparł krótko.
Przywykłam już do jego wymijających odpowiedzi. Był teraz tak blisko, że widziałam każdą bliznę pozostałą po wypadku, który odebrał mu życie. Widziałam pojedyncze kosmyki włosów na jego czole i tę dziwną, poruszającą się biel tuż za nim. Kucnął przy mnie.
- Trudno się przyzwyczaić. Wszystko jest inaczej, to trochę trwa... - skrzywił się, by po chwili dodać ze śmiechem: - Mamie poszło to o wiele lepiej.
Wbiłam w niego zdziwiony wzrok. Miałam setki pytań, ale ostatecznie wystarczył mi jego delikatny uśmiech. Pogłaskał mnie po włosach i dotknął policzka. Ciepło. Naprawdę to czułam. Bił od niego żar, który najpierw zapiekł moje zmarznięte ciało, by po chwili przynieść błogą ulgę.
- Nie ma żadnych zasad.- kontynuował.- A wiesz przecież, jak bardzo lubiłem je łamać.
Coś zaczęło łaskotać mnie w gardle. Dopiero po chwili odkryłam, że to śmiech. Ze zdumieniem uświadomiłam sobie, że śmieję się na głos. Ciepło, które od niego biło, ostatecznie pokonało każdy dyskomfort. Śmiałam się nawet wtedy, gdy zaczęło pojawiać się światło.
Spokój ogarnął mnie całkowicie, oplatając ciało niczym przyjemna mgiełka. Wiedziałam, że dokładnie tak powinno być. Zrozumiałam, że każdy ma swój wyznaczony czas i w pełni pogodziłam się z faktem, że właśnie nadszedł mój. Nie czułam lęku ani smutku. Powitałam go radosnym śmiechem.
Przyjemna melodia, kojący żar i jasność towarzyszyły mi w tej ostatniej drodze. Okazała się ona o wiele piękniejsza, niż były w stanie przewidzieć wszystkie dawne i obecne religie świata.
Zakończenie
Ratownicy i strażacy zapalili lampy, aby rozproszyć mrok głębokiej nocy; potężne reflektory rozświetliły okolicę, czyniąc ją jasną niczym w pełnym słońcu. Właśnie odnaleźli kolejną poszkodowaną, choć jeszcze pół godziny temu byli przekonani, że nikt więcej nie ocalał. Bezzwłocznie przystąpili do usuwania przygniatającego ranną gruzu oraz uwalniania jej nogi. Kobieta mówiła coś i śmiała się. Opowiadała o Damianie, który kiedyś uciekł z domu przez okno, aby zabrać ją od koleżanki i pójść wspólnie na zakazany film do kina. Wspominała o jego wolontariacie w schronisku i nieszkodliwych żartach, które robił tam z kolegami. Mówiła też, że otrzymał nagrodę po śmierci. Ratownicy przytakiwali jej, jednocześnie wymieniając porozumiewawcze spojrzenia, zaniepokojeni stanem jej głowy i licznymi, widocznymi urazami.
Lekarze i strażacy byli tak pochłonięci pracą, że nie zastanawiali się nad przyczyną jej śmiechu. Widzieli już gorsze i bardziej niezrozumiałe rzeczy. Gdyby jednak ten śmiech nie rozbrzmiał wśród metalowych szczątków, nigdy nie znaleźliby jej w chaosie katastrofy. Gdy pierwszy z ratowników wszedł do środka, silny powiew wiatru uderzył go i na moment przygwoździł do zdeformowanej ściany wagonu. Zignorował to jednak.
- Wszystko w porządku! - zawołał lekarz do kolegów stojących na zewnątrz. - Wyjdzie z tego! - jego głos poniósł się echem w mroku wyjątkowo czarnej nocy.
Sanitariusze i strażacy powoli wyciągali ranną z ciemnej jamy, w której spędziła ponad dwa dni. Pracowali energicznie i sprawnie. Nikt jednak nie zauważył bluzy pozostawionej na jednym z siedzisk ocalałych z wykolejenia ani delikatnie drgającego, długiego pióra o zachwycającej, białej barwie.








Komentarze