top of page

Z samego rana

Powiedzieli, że jestem zniszczona. Tego pamiętnego, pochmurnego dnia usłyszałam, że jestem zdeformowana, niepełna jako kobieta i niezdolna, by uczynić tę jedną rzecz, której się ode mnie oczekuje. Brudna w swojej bezużyteczności. Niechciana przez grzech mankamentu ciała. Winna czegoś, co nie wynikało z mojej winy. Orzekli bowiem, że jestem bezpłodna.

Nigdy nie będę mieć dzieci. Nigdy nie będę mogła cieszyć się świadomością, że gdzieś poza murami Porodówki i kompleksu Rozmnażalni żyje ta jedna, kochana mi istota; część mojego serca, krew z mojej krwi, kość z moich kości.

Po badaniach zaszyli mnie. Nierówno. Jeszcze przez kilka następnych miesięcy musiałam korzystać z usług ulicznych rzeźników, którzy medycyny uczyli się od weterynarzy, a anatomii od okolicznych morderców. Wyrzucono mnie z Rozmnażalni. Za jej murami kobiety są tylko takie jak ja – niepotrzebne i niesłużące już do niczego. Nadali mi piętno, które widzę w lustrze: przekreślony okrąg. Znak, że mój brzuch nigdy nie stanie się okrągły i nigdy więcej nie poczuję w nim życia innej, ukochanej, choć jeszcze nieznanej mi istotki. Teraz każdy, kto to zobaczy, będzie wiedział, kim jestem. Niepotrzebna. Bezużyteczna. Przeklęta.

Blizna na brzuchu, schodząca niżej, ku wejściu do pustej, jałowej przestrzeni w moim ciele, nieustannie przypomina mi, kim jestem dla tego świata i kim nigdy już nie będę. Jednak po dziesięciu latach bycia nikim, po dekadzie mieszkania w bunkrze nad rzeką wraz z innymi potępionymi, zrozumiałam coś jeszcze. Zrozumiałam, kim mogę się stać. W jaki nowy i niezwykły sposób sama stanę się przekleństwem – jedną z największych Klątw świata, w którym przyszło mi żyć.


***


– Auri... – głos powtarzał się nieustępliwie. W kółko, niczym zdarta płyta, która potrafi odtworzyć tylko jedno słowo: „Auri. Auri. Auri”. I tak bez końca.– Aurelia!– Krzyk tuż przy uchu ocucił mnie ostatecznie.

Zerwałam się z łóżka, uderzyłam w niski sufit i z cichym jękiem stoczyłam się z piętrowej pryczy. Upadkowi na ziemię towarzyszył głośny huk.

– Zawsze mogłaś po prostu zejść.– śmiech przyjaciółki doprowadził mnie do niemałej irytacji.

Podniosłam na nią wzrok. Była bardzo wysoką, szczupłą kobietą o skórze w kolorze jasnego brązu. Jej ciemne, przepiękne oczy zawsze wydawały się uśmiechnięte, choć nigdy nie rozumiałam dlaczego. Ja sama już dawno przestałam się uśmiechać.

– Zalia. Mówiłam ci, że pocałunek to najlepszy sposób na obudzenie mnie.

– Jakby ktoś chciał cię jeszcze całować.– zadrwiła i podała mi rękę, by pomóc mi wstać.– Wszyscy na ciebie czekają. Podobno w nocy Hilja przyprowadziła nowe.

„Nowe”. To słowo zawsze wywoływało ciszę w całym domu. Oznaczało, że znowu kogoś wyrzucono z Rozmnażalni. Pojawiły się kolejne: brudne, nieczyste, przeklęte. Margines społeczny. Istoty, które zostały pokarane przez Boga, ponieważ nie mogły wykonywać tej jednej czynności, do której Pan je stworzył.

– W porządku. Zajmę się nimi.– przytaknęłam.– A potem niech Hilja przyjdzie do mnie. Ostrzegałam ją, że nie pozwalam na samodzielne wyprawy. Jeśli mężczyźni się czegokolwiek domyślą, będzie po wszystkim.

– Nawet Najświętsza Panienka by jej nie powstrzymała.

Dawno my i nam podobne przestałyśmy wierzyć w Boga, Chrystusa, Allaha… Zbyt mocno ich słowa spychają nas na margines, a ich męscy wyznawcy w XXI wieku zaczęli brutalnie ingerować w życie kobiet. To oczywiście prowadziło do protestów, później zamieszek i otwartych konfliktów – w tym zbrojnych. W XXII wieku patriarchalny świat ostatecznie pokonał kobiety i nie zajęło mu dużo czasu, aby to zwycięstwo wykorzystać.

Poczułam ból w dolnej części brzucha. Ból, który nigdy mnie nie opuści i który zawsze będzie mi przypominać o istocie, która przez dziewięć miesięcy żyła we mnie, aby na zawsze mnie okaleczyć i umrzeć tuż po tym.

– Niech nowe usiądą we wspólnym pokoju. Zaraz doprowadzę się do porządku i się nimi zajmę. Zalia, zbadaliście je przynajmniej?

– Tak. Niektóre trzeba było na nowo otwierać i szyć. Jedna nadal krwawiła.

Jak zwykle. Jeśli w Porodówce mieli podejrzenie, że narządy rozrodcze kobiety nie są w pełni sprawne, otwierają ją i sprawdzają. Jeśli nic nie wskazuje na chorobę, zamykają ją z nadzwyczajną delikatnością. Jeśli jednak odkryją coś niepożądanego – chorobę, deformację, mutację – wtedy kilkoma niezbyt czystymi nićmi zszywają taką osobę byle jak, na brzuchu wypalają znak i wyrzucają z jedynego miejsca, które znała. Wyrzucają je za mur, do mężczyzn, do świata brutalnego i z pewnością bardziej brudnego i przeklętego niż one same.

– Sprawdzajcie ich stan.– nakazałam cicho i wyszłam.

Zimna woda pod prysznicem zawsze mnie budziła. Oczywiście w Rozmnażalni woda była ciepła i przefiltrowana – nic nie mogło zaszkodzić dziecku, nawet jeśli kobieta nie została jeszcze zapłodniona. Pamiętam czasy dzieciństwa; wspomnienia o słodko-gorzkim smaku. Do pierwszej miesiączki jesteśmy uczone naszej roli rozrodczej, najważniejszej w życiu kobiety. Biologiczne matki widzą dziecko tylko podczas porodu, jeśli mają szczęście. Później jest im ono odbierane, by trafić pod opiekę Matron. Po maksymalnie dwóch miesiącach regeneracji kobieta znowu zostaje wybrana przez któregoś z mężczyzn, aby spłodzić kolejne dziecko. Cykl rozpoczyna się od nowa. Gdy po wielu latach rodzenia nasze ciało przestaje spełniać tę funkcję, przejmujemy kolejną – rolę Matron. Zajmują się one dziećmi, a niektóre oddelegowuje się do sprzątania i obsługi.

Zostałam stamtąd usunięta dziesięć lat temu, więc już dawno zapomniałam, jakie to uczucie, gdy ciepłe strugi uderzają w plecy i brzuch. Ciepła woda to jedna z rzeczy, których brakowało mi najmocniej.

Po wyjściu ubrałam lekko podarte spodnie, zwykły czarny t-shirt oraz sztywną dżinsową kurtkę. Wiedziałam, że „nowe” – zlęknione i spanikowane – czekają na mnie. Większość z nich nie wie nawet, co się z nimi dzieje i dlaczego zostały usunięte oraz uznane za przeklęte. Dotarłam do dużego wspólnego pokoju i z bezpiecznego cienia obserwowałam cztery kobiety. Siedziały skulone w ciasną gromadę, nie podnosiły wzroku, garbiły się i kuliły niczym zbite psy oczekujące kary. Jeszcze nie wiedzą, co zrobiły źle, ale czują, że kara ich nie ominie.

Kobiety usunięte z Rozmnażalni są pozostawione same sobie. Większość z nich odnajduje opuszczone rudery, w których chronią się inne im podobne. Takie miejsca są jednak bez trudu odnajdywane przez mężczyzn, którzy czując się bezkarnie, wykorzystują je. Wiedzą, że to osoby bezpłodne, a rzadko która jest nosicielką choroby zakaźnej. Żadna nie jest pilnowana, objęta ochroną ani prawami. Jesteśmy na marginesie społeczeństwa, które nie chce o nas pamiętać. Ponieważ system nie może nas zlikwidować w sposób ostateczny, usuwa nas z widoku. A tam, w cieniu, mężczyźni korzystają z nowych zdobyczy. Niektóre kobiety szybko po wygnaniu popełniają samobójstwo, wiele ginie, próbując się bronić, a ten niewielki procent, który przetrwał, nauczył się życia poza Murami. Nowe jeszcze nie zdążyły poczuć, co to znaczy być nikim, ale wkrótce to zrozumieją. Hilja przechwyciła je zbyt szybko, by mężczyźni zdali sobie sprawę, że do miasta dotarł „świeży towar”.

Hilja stała przy ścianie ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Była z siebie dumna i nie omieszkała tego okazać. To młoda, szesnastoletnia dziewczyna, która w wieku dwunastu lat usłyszała, że ma deformację jajowodów. Wszystkie po pierwszej miesiączce przechodzimy badania, które decydują o naszym losie. Niektóre są usuwane już wtedy. Są też kobiety takie jak ja, które swojego piętna nabywają dopiero w czasie ciąży. W przypadku Hilji wyrok padł, gdy była nastolatką, co przypieczętowało jej wygnanie. Przez miesiąc błąkała się po mieście. Napotkani mężczyźni korzystali z niej tak, jak korzysta się ze znalezionej karty płatniczej, którą wyrzuca się zaraz po użyciu. Widziałam to. Była waleczną dziewczynką; gryzła, drapała i kopała, a choć wiedziała, że są silniejsi, nie poddawała się. Razem z Zalią czułyśmy, że przetrwa. Miałyśmy rację. Ta rudowłosa buntowniczka stała się twarda i pewna siebie, ale bywała też zbyt brawurowa. Nieraz o mało nie sprowadziła na nas kłopotów.

Jeszcze raz uważnie przyjrzałam się czterem nowym kobietom. Skulone, niemal się nie poruszały, a wzrok – jak wszystkie inne przed nimi – wbiły w ziemię. Wiedziałam, że na początku nie nawiążą żadnego kontaktu. Jeśli któraś odezwie się w ciągu najbliższego tygodnia, będzie to oznaka wyjątkowej siły.

– Nazywam się Aurelia.– przemówiłam.– Dowodzę tym miejscem. Razem z pozostałymi mieszkankami będziemy o was dbały. Tutaj nie musicie obawiać się mężczyzn. Nie znajdą nas, bo nie wiedzą, gdzie szukać.– wygłosiłam ten sam monolog, który powtarzałam za każdym razem, gdy w naszym domu pojawiały się „nowe”.

Nie mówiłam nic więcej. Teraz chłonęłyby każde moje słowo, ale każde słowo tylko mocniej by je przeraziło. Nie wspomniałam więc, że niemal każdy mężczyzna, którego spotkają na zewnątrz, będzie je wykorzystywał, aż padną nieprzytomne – co wielu z nich i tak nie przeszkadza. Jeśli akurat będą zaspokojeni, w najlepszym razie je odepchną, w najgorszym – skatują. Mnie zgwałcono pięć razy. Pierwszej nocy, gdy błąkałam się po ulicy, i tydzień później, kiedy zaszyłam się w oddalonej od miasta ruderze przy jeziorze. Zalia została pojmana przez jednego z nich; trzymał ją spętaną i wykorzystywał kilka razy dziennie przez prawie miesiąc. Zabiłam go i uciekłyśmy razem.

Hilja podchwyciła wzrok Zalii i skrzywiła się. Wiedziała, co oznacza ten komunikat. Młoda nie patrzyła na mnie. Tak mocno zacisnęła zęby, że mięśnie na jej policzku zadrgały. Na sztywnych nogach ruszyła do pokoju narad. Wpuściłam Zalię do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Dałam Hilji czas, aby przez chwilę mruczała pod nosem z oburzenia i głośno rzucała przekleństwa.

– Skończyłaś?– spytałam cierpliwie.

Obrzuciła mnie gniewnym spojrzeniem, ale zamilkła. Była butna, lecz wiedziała, kto tu rządzi. Nie potrzebowałam władzy dla niej samej, ale bez niej trudno byłoby zrealizować mój plan.

– Ile razy ci powtarzałam, abyś nie wyruszała sama?– spytałam. Zaczęła rzucać uwagami i tłumaczeniami, które niespecjalnie mnie interesowały.– Ile? – powtórzyłam dobitniej, co w końcu uspokoiło młodą.

– Kilka.– mruknęła.

– Naście.– dodała Zalia, co wywołało kolejne gniewne fuknięcie.

– Wiesz, co się stanie, gdy mężczyźni nas odkryją?– spytałam.

Tym razem jej butność osłabła. Zgarbiła się nieco i spuściła wzrok.

– One... mnie potrzebowały.– odparła cicho.

Nie mogłam jej karać. Nie wiem, czy dziecko, które zmarło w moim łonie, było dziewczynką, czy chłopcem, ale wiem, że kochałabym je nawet wtedy, gdyby zachowywało się tak nieodpowiedzialnie. Tak samo kochałam naszą młodą buntowniczkę.

– My też cię potrzebujemy.– przypomniałam delikatnie.– Potrzebujemy też tego miejsca.

Przytaknęła powoli, choć wciąż zaciskała pięści. Wiedziałam, czego pragnie. Nie mogłam jej tego dać.

– Kiedy?– spytała ostro.

– Niedługo.– odparłam.– Będziesz chronić dom.

Hilja podniosła głowę tak szybko, że musiała cofnąć się o krok, aby odzyskać równowagę.

– Potrzebuję cię tutaj.

– Potrzebujesz mnie przy sobie!– syknęła.

Zerknęłam na Zalię, ale ta pozostała nieruchoma. Nie zamierzała się wtrącać, choć nigdy nie określiła jasno, po której stronie stoi.

Mogłam powiedzieć Hailji, że potrzebuję jej żywej; że nie zniosłabym widoku jej schwytania i kary, która dotknęłaby zarówno jej ciało, jak i ducha. Mogłam wyznać, że nie przeżyję kolejnej takiej straty. Zamiast tego rzuciłam jednak stanowczo: „Decyzja została podjęta”. Kończąc rozmowę, rozłożyłam na stole plany, mapy i notatki naszych szpiegów. Słyszałam jej ciężki, gniewny oddech, a potem głośny trzask drzwi, którymi cisnęła, wychodząc.

Zamknęłam oczy. Zalia stanęła obok mnie, pozwalając na chwilę ciężkiej ciszy, ale nie miałam nastroju na celebrowanie spokoju.

– Mów.– rozkazałam.

– Nie uchronisz jej. Już została zraniona.– przypomniała mi łagodnie.– Nie cofniesz tego, co się stało.

– Ale mogę ją ocalić przed tym, co stać się może.– zauważyłam. Nie kłóciła się ze mną, choć czułam, że Zalia już dawno zdecydowała, po której stronie stanąć.

– Dotrzemy do Pól Elizejskich?– spytała, pochylając się nad mapami. Zerknęła na mnie znacząco.– Nathan przybył z Hailją.– dodała. Najwidoczniej pomógł naszej buntowniczce podczas jej ostatniej misji.

Po opuszczeniu Muru ze zdumieniem powitałam mężczyzn, którzy nie podzielali ogólnie przyjętej ideologii. Oni marzyli o partnerce, nie o niewolnicy. Widzieli w kobiecie pełnowartościową osobę, a nie tylko matkę czy służkę. Pragnęli się mną zaopiekować, ale odrzuciłam ich propozycję. Sfrustrowana i pełna gniewu, długo nie mogłam uwierzyć w ich szczere intencje. Nie przekonały mnie nawet ich czyny w obronie kobiet świeżo wyrzuconych za Mur.

Pewnego dnia ich przywódca, Nathan, zaprosił mnie do ich siedziby. Przygotowałam się do tej wyprawy drobiazgowo, zabierając ze sobą kilka sztuk broni. Nie zamierzałam ich ukrywać, co Nathan skwitował jedynie krótkim śmiechem. Zeszliśmy szerokimi schodami pod ziemię, do starej linii metra, a potem kluczyliśmy korytarzami i odnogami tuneli. Zapamiętywałam każdy zakręt, każdą ścieżkę. Trzy razy zapukał w blaszane drzwi, które otworzyły się natychmiast. Zaprosił mnie gestem, ale i tak wszedł pierwszy, widząc moją napiętą postawę.

W środku rozciągał się labirynt tuneli i nisz poprzedzielanych kocami oraz ściankami z blachy. Przywitał mnie zaskoczony, choć nieprzerażony wzrok kilkunastu kobiet. Ich zadbane, zdrowe ciała były dowodem, którego nie dało się podważyć. Ta wizyta mnie zmieniła. Uwierzyłam im. Uwierzyłam, że nie każdy mężczyzna musi być wrogiem.

Wyszłam z pokoju i przywitałam Nathana skinieniem głowy.

- Uznałem, że są za młode. Niech trafią do was.- stwierdził.

Widziałam zmarszczkę między jego brwiami. Pogłębiała się zawsze, gdy znajdował nowe kobiety. Byłam mu wdzięczna za każdą taką rysę na jego twarzy.

Przytaknęłam bez słowa. Skinieniem głowy wskazałam na pokój narad i razem skierowaliśmy się do środka. Oparł się przedramionami o blat i wczytał w notatki pozostawione na stole.

- Pola Elizejskie. Kiedy planujesz?- spytał.

Poza Murami, w obskurnych ruderach, żyje biedota - zapomniana i porzucona. Wewnątrz jednak znajdują się Pola Elizejskie: kraina dobrobytu, w której nie ma głodu ani pragnienia. Mają tam pod dostatkiem pokarmu, słońca i wody. Należało to wszystko tylko wydrzeć z rąk tyranów.

- Jutro.- odparłam.- Wczesnym rankiem.

Przytaknął, nie komentując moich planów. Wcześniej spędziliśmy wiele godzin na kłótniach i dywagacjach. Teraz zmiany były wyłącznie drobne, a takim się nie sprzeciwiał.

Odetchnęłam głęboko i wyszłam na niewielki, osłonięty balkon, aby zaczerpnąć trochę ciężkiego, zimnego powietrza, drapiącego niekiedy w gardle. W rozpadających się domach biedota pali tym, czym może - nie tylko znalezionym drewnem, ale też plastikiem, oponami i czymkolwiek, co znajdą na wysypiskach, przy rzekach lub co spadnie z ciężarówek kursujących między miastami.

Widziałam smutny krajobraz roztaczający się wokół mnie. Krajobraz świata stworzonego przez niewłaściwych ludzi. Zaczęło się od większych i mniejszych zakazów ograniczających prawo kobiety do decydowania o własnym ciele. Prawa te wyrastały z przekonania, że kobiety są nierozsądne, a nawet głupie czy zdeprawowane. Wprowadzenie jednej restrykcyjnej ustawy sprawiło, że szybko pojawiły się kolejne, decydujące o zawodach, godzinach pracy i prawach rodzicielskich. Odsunęli je od polityki, odebrali prawa wyborcze, a później możliwość pracy. Wprowadzono odrębną edukację dla kobiet i dla mężczyzn. Szybko zamknięto je w domach, a ostatecznie – po powstaniu Rozmnażalni i zbudowaniu Muru – odizolowano całkowicie. Społeczeństwo uległo gwałtownemu rozwarstwieniu; podzieliło się na zamożnych, garstki średnio zamożnych potrzebnych do pracy oraz biednych, egzystujących poza Murami. Jeden świat nie wiedział o drugim. Nie stykały się. Cudowna kraina za kordonem stała się Polami Elizejskimi, rajem na ziemi.

Nie wiem, kiedy dołączył do mnie Nathan. Oparł się o balustradę obok. Musnął palcami moją dłoń. Czułam ciepło w miejscu, w którym mnie dotknął, ale nie odpowiedziałam na to zaproszenie. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam.

– Auri... – westchnął. – Co, jeśli Pola są tylko mitem? – spytał. Czułam drżenie w jego głosie. Nie wiedziałam, czy bał się o mnie, czy o siebie.

– Czy może być gorzej niż tutaj? – spytałam cicho. Nie odpowiedział.

Prychnęłam. Czekałam na balkonie, aż ciemność obudzi światła za Murami, na mitycznych Polach. Obserwowałam zieleń, błękit i pomarańcz neonów na szklanych wieżowcach – niezbyt wysokich, ledwo wystających ponad betonową barierę. Naszą część zwykle spowijała nieprzenikniona ciemność. Rzadko kto miał dostęp do prądu, a jeszcze mniej osób wiedziało, gdzie go szukać. Dawne budynki użyteczności publicznej, jak nasz bunkier czy zapomniana stacja metra, posiadały stare podłączenia do sieci. Wystarczyło wprowadzić delikatne zmiany. Inni jednak musieli ogrzewać się piecami, gotować na ogniu, a światło zapewniały im pochodnie, lampy oliwne lub latarki – o ile miało się dostęp do baterii. W biednej części światła były więc ruchome, niesione przez ludzi. Przesuwały się niczym pomarańczowe, ogniste duszki. W bogatej części światła okazywały się statyczne, piękne, ale przytwierdzone do nieruchomego stelaża.

Nie przywykłam wierzyć w mrzonki. Nie miałam też w zwyczaju gonić za marzeniami niczym niedoświadczone dziewczę. Wierzyłam jednak w Pola Elizejskie. Wierzyłam, że za Murem można żyć lepiej i godniej. Należało tylko usunąć tych, którzy skazili tak niezwykłe miejsce. Ustawicznie zatruwają źródło życia, ale ono wciąż tętni. Życie trwa niezależnie od kajdan.

Długo przekonywałam samą siebie, że nikogo nie potrzebuję. Przez lata odrzucałam pomocną dłoń, a z czasem nauczyłam się przyjmować wsparcie wyłącznie od kobiet. Dzisiaj jednak czułam strach, że ten mężczyzna mnie opuści. Nieopisana siła wewnątrz mnie walczyła z kamieniem, w który zamieniłam się lata temu. Nie rozumiałam jej i nie wiedziałam, czy chcę dopuścić ją do głosu. Czułam się bezradna, a to rodziło przerażenie.

Rozchyliłam usta, czując ich drżenie.

– Pójdę z tobą.– Nathan wypowiedział te słowa, zanim zdążyłam go o to zapytać. Spojrzałam w jego jasne oczy, które od lat wpatrywały się we mnie z nadzieją i ufnością. Przy jego ustach pojawiły się delikatne zmarszczki, gdy się uśmiechnął.– Pójdę z tobą niezależnie od tego, jaka okaże się prawda.– przysiągł.– I tak daleko, jak pozwoli mi na to ciało.

Gardło mi się ścisnęło. Siła coraz mocniej uderzała w kamień. Pragnęłam go uściskać, objąć jego szeroki tors i wtulić się w niego ufnie, bezradnie, ale z poczuciem bezpieczeństwa. Zacisnęłam jednak pięści i zdusiłam to uczucie. Przypomni o sobie jeszcze nie raz, a wtedy, jeśli będę gotowa, pozwolę mu się wydostać.

Podniosłam wzrok i ponownie utkwiłam go w wielkim murze, wznoszącym się kilka kilometrów przed nami. Wpatrywałam się w światła – źródło wielkiej nadziei i wiary, że kryje się za nimi lepsze życie, wolność i szansa, której nikt z nas jeszcze nie otrzymał.

Nie miałam pewności, co zastaniemy w mieście. Czy tamtejsi mężczyźni będą walczyć zażarcie? Czy kobiety z Rozmnażalni i te zepchnięte do niewolniczych prac zechcą nas słuchać? Czy Pola naprawdę istnieją, a jeśli tak, to czy zapewnią nam spokój? Nic nie wiedziałam. Wierzyłam jednak. Wierzyłam, że za murami z cegieł i betonu, za kordonem żołnierzy i za tłumem ludzi znajduje się inny świat. I choć nie miałam pewności, jaki on będzie, wiedziałam jedno: dotrę do niego. Jutro. Z samego rana.


Komentarze


Desert in Dark

Website

Email 

Follow

  • Behance
  • Facebook
  • Instagram
bottom of page